Moda na fiolet

niedziela, 27 lutego 2011

Do małego miasteczka we Wschodnim Teksasie – Portero, przyjeżdża szesnastoletnia Hanna Järvinen. Dziewczyna cierpi na depresje maniakalną i ma nadzieję w nowym miejscu odnaleźć schronienie oraz bezpieczny dom, w którym zamieszka razem ze swoją matką Rosalee. Z pozoru senne i nudne miasteczko, okazuje się być dziwną mieściną, w której wszyscy mieszkańcy chodzą ubrani na czarno, a tylko niewielka grupka ludzi wyróżnia się z tej mrocznej masy, swoim zielonym ubiorem. Hanna od czasu śmierci swojego ojca ubiera się wyłącznie w stroje własnoręcznie uszyte; wszystkie w fioletowym kolorze.
W miasteczku mają miejsce dziwne zdarzenia, które Hanna do tej pory spotykała wyłącznie w swoich omamach i halucynacjach – i co zastanawia szesnastolatkę – nie stanowią niczego niezwykłego dla mieszkańców miasteczka.
Ludzie nagle znikają, na ulicy można kupić sok z mrocznych brzoskwiń, w szkole bezwzględnie należy nosić zatyczki do uszów, w zaroślach otaczających zrujnowane domy mieszkają… demony i potwory, i na dodatek zdaje się, że własna matka nienawidzi Hanny i nie ma ochoty, aby córka mieszkała razem z nią.

Szaleństwo Hanny zdaje się być normalnością, pośród ludzi i zdarzeń spotykanych i dziejących się dookoła niej. Nawet wydarzenia w szkole przybierają nieoczekiwany obrót, daleko im do zachowań, które szesnastolatka spodziewała się tam zastać. Wszystko jeszcze bardziej zaczyna się komplikować, kiedy Hanna spotyka Wyatta, dowiaduje się kim są Mortmaine’owie i jaki jest ich sposób działania, czym są klucze i do czego mogą służyć, kim jest Runyon i co łączy go z Rosalee oraz jaką władzę nad mieszkańcami miasteczka ma tajemnicza Burmistrzyni.

Portereńczycy zdają się posiadać dwie cechy wybijające się spośród pozostałych, pozostających znacznie w tyle – to konsekwencja w działaniu wyrażająca się w obowiązkowości oraz brak wyższych uczuć, takich jak współczucie czy miłość. Hanna stara się to zmienić. Musi ocalić nie tylko swoją matkę, ale też pomóc Wyattowi.

Powieść Dii Reeves – Krwawy fiolet – stanowi popis obłędnej wyobraźni. Wyobraźni, która posiada granice tam, gdzie kończą się możliwości snucia opowieści. Kolory nakładają się na siebie, tworząc opalizujące hologramy zdarzeń i opisów miejsc, w których czas zdaje się być płynną substancją połączoną z nieistniejącymi prawami fizyki, wyciekającą między płytkami zniszczonego chodnika. Fantazja powieści jest dowodem nieograniczonych możliwości Autorki – nie tylko pod względem treści, ale też doskonałego wyczucia psychologii pragnień osób znajdujących się w różnych sytuacjach – odrzucenia, wyalienowania czy pozostających w sferze inności i odmienności.
Szaleństwo nigdy nie było tak pociągające.


Rodzice Wyatta siedzieli na kanapie po przeciwnej stronie salonu, czytając gazetę. Spojrzeli na nas, gdy weszliśmy, ale wtedy jakiś mały, pucołowaty chłopiec wbiegł do pokoju i usiadł na podłodze przed telewizorem. W jednej ręce trzymał miskę czereśni, a pod pachą – szmacianą lalkę z rozczochraną rudą głową.
– Paolo! – powiedziała ostro matka Wyatta. – Czemu nie jesteś w łóżku?
– Szmatek nie może spać – wyjaśnił chłopiec, po czym podsunął czereśnię do ust lalki wymalowanych niebieskim markerem.
A one otworzyły się i połknęły czereśnię. Za chwilę lalka sama sięgnęła do miski, chwytając owoce szmacianymi rączkami.

(…)
Wyatt wciągnął mnie do pokoju.
– To jest Hanna Järvinen. Hanno, to mój braciszek, Paulie.
To Szmatek.
Lalka zamachała rączką, spoglądając na mnie guzikowymi oczami.


Dia Reeves Krwawy fiolet

„Pour Vous”

czwartek, 24 lutego 2011

Delphine M. prowadzi zupełnie wyjątkową, o niespotykanym profilu usług Agencję „Dla Was”. Trzydziestopięcioletnia kobieta zapewnia swoim klientom oprócz komfortu i dyskrecji – bliskość,zrozumienie, a także szeroki wachlarz uczuć. Począwszy od czułości, ofiarowania poczucia ciepła rodzinnego, a zakończywszy na miłości. Klientami Delphine są: staruszek – Edgar Coindreau – któremu kobieta zastępuje w określonych porach dnia jego ukochaną wnuczkę Agathe, Yarol de Brettes – nastolatek o wyjątkowych zdolnościach, chory na autyzm, któremu Delphine zastępuje opiekunkę oraz częściowo matkę, a także państwo Soignes, którym właścicielka Agencji wypożycza na kilka godzin, kilka dni w tygodniu, małego synka swojej pracownicy – za jej zgodą. Dziecko, ma zastąpić państwu Soignes zmarłego niedawno synka, z którego śmiercią nie mogą się nadal pogodzić. Delphine w pewnym momencie swojej kariery postanawia pomóc państwu Soignes i urodzić im nowe dziecko…

Agencja „Dla Was” ma jeszcze innych klientów, którym świadczy usługi wyjątkowe, nie pozostawiając nikogo bez „opieki” Delphine M. Do czasu, w którym wyjątkowość atmosfery zaczynają psuć kolejno – najpierw wspomnienia, później zrozumienie własnej osobowości, aż w końcu uczucia – prawdziwe, którymi Delphine nie potrafi manipulować. A wszystko przez mężczyznę, który prosi o przepisanie pięciu fioletowych zeszytów.

Historia, która się wydarzyła, a która została przedstawiona przez Adorna w zeszytach, wywołuję u Delphine w pierwszych chwilach uczucie strachu, lęku i paniki, z czasem staje się pragnieniem i przeradza się w tęsknotę za intensywną miłością, jaką Adorno czuł do swojego kochanka Jonesa. Miłość dwóch mężczyzn budzi u kobiety zazdrość i czułość jednocześnie, powodując całkowite przewartościowanie jej dotychczasowego świata. Do morza relatywizmu, wpada słona kropla prawdy. Rozrastające się pragnienia i zyskanie świadomości wydarzeń oraz zrozumienie skrajnych uczuć, które towarzyszyły życiu napotkanych na swojej drodze ludzi, a także tragedia, która staje się pieczęcią zamykającą dawny czas, pozwalają Delphine M. podjąć decyzję zmieniającą dotychczasowy układ sił panujący w jej hermetycznym świecie.

Powieść Dominique Mainard Dla Was została uhonorowana w 2009 roku prestiżową Prix des Libraires. Jest to historia niosącą ze sobą olbrzymi potencjał metaetyczny. Już od pierwszych stron warstwowość zagadnień dotyczących polemiki dobro – zło, prawda – kłamstwo, czy manipulacja uczuciami lub tworzenie ich pozorów czy miraży, jest wyraziście zaakcentowana poprzez przemyślenia bohaterki. Dodatkowo osobowości Adorna oraz Pani Derovitski, łącząc się ze sobą, stają się antytezami dla osobowości Delphine M.
Połączenie ich w jednym obrazie, skutkuje przeniesieniem punktu ciężkości z samej fizyki postaci, na metafizykę barw osobowości postaci bohaterów powieści.

Człowiek, który śni, jest bogiem,
Człowiek, który myśli – żebrakiem.

HÖLDERLIN, Hyperion

Od razu zrozumiałam, że go jeszcze spotkam, że w kieszeni miał z pewnością własne zapałki lub zapalniczkę i że prośba o ogień był zwykłym pretekstem. Zrozumiałam to ze sposobu, w jaki na mnie spojrzał, nie tak, jak znudzony mężczyzna patrzy w parku na kobietę. Pomyślałam, że może to tajniak, zawsze się bałam, żeby jakiś niezadowolony klient nie wszczął przeciwko mnie policyjnego lub prywatnego dochodzenia, więc odprowadziłam go wzrokiem, kiedy oddalał się aleją. W ruchomym cieniu rzucanym przez drzewa przez chwilę wydawało mi się, że mężczyznę otaczają dziesiątki liliowych motyli, zaraz jednak pomyślałam: „Nie, to te niebieskie metaliczne muszki, muszki zwiastujące śmierć”. W chwilę później insekty, jeśli to były one, zniknęły. Mogła to być tylko gra światła i cienia, ale już w tym obrazie zawierała się cała historia.


Dominique Mainard Dla Was

Tajemnica luster

niedziela, 20 lutego 2011

Alonso Perez de Herrera jest inkwizytorem, który oprócz głosów ludzkich, zwykłych podszeptów mających na celu oczernienie i wcielenie w winę, słucha Głosu „własnego”. Ale ten „własny” Głos, to nie głos własnego sumienia, rozumu, czy jakikolwiek inny głos pochodzący z wnętrza człowieka. Jest jak nawiedzający duch, bez którego inkwizytor nie może w pełni funkcjonować, bez którego nie istnieje. To świadome i w pełni zaaprobowane zniewolenie, staje się centralną częścią działania i życia Alonsa. Gdy Głos mówi, Alonso Perez de Herrera istnieje, a gdy Głos milczy, milczy też inkwizytor; inkwizytor przestaje istnieć, a w miejsce tego istnienia wchodzi człowiek o ptasim, skrzekliwym głosie.

Antonio Pereira jest medykiem i filozofem. Obejmuje stanowisko profesora katedry filozofii i w ramach swojej pracy wyjeżdża z Hiszpanii. Rodzina w znacznie mniejszym stopniu pochłania Antonia niż jego naukowe zainteresowania, stając się dla niego czymś, co jest przywiązane do końca długiego sznura, który za czasem zaczyna się wydłużać, aż w pewnym momencie przerywa się – ze znaczącą pomocą Eleny Rodriguez, Alonsa Pereza de Herrery oraz siebie Antonia.

Miguel Pereira jest bratem Antonia, człowiekiem oddającym się hulankom i miłosnym przygodom. Oblewa egzaminy, życie na łonie rodziny mało go interesuje, a swoje pasje topi w kielichach mocnych trunków. Pewnej nocy odwiedza go duch, któremu Miguel nadaje imię Maggid.

Isabel Nuňez Alvarez jest żoną Antonia Pereiry i kobietą-tajemnicą, która nie znosi róż – czerwonych w szczególności – a jedynie ich suche płatki, zamknięte w tajemniczym woreczku dają jej ukojenie swoim zapachem. Izabel kocha swojego syna Andresa i Starą – swoją dawną opiekunkę, która przyjeżdża do domu Isabel i Antonia przy ulicy Fortuny, zaraz po wyjeździe Antonia do Padwy. Izabel w szczególny sposób kocha swojego męża… oraz Miguela.

Życie rodziny Perez ulega rozszczepieniu, i zmienia się w drogi pozornie podążające w różnych kierunkach, po wyjeździe Antonia i po „wkroczeniu w nią” inkwizytora.
Wszystko ulega zmianie i przewartościowaniu. Antonio „topi się” w filozofii, głosząc nieznane to tej pory nurty i tezy. Miguel zakochuje się w nauce i książkach, tak jak brat odkrywa swoje żydowskie pochodzenie i staje się Izaakiem Pereirą – zaprzyjaźnia się z rabbim Jakubem. Izabel staje się Luną i powiernicą sułtanki Kösem.
Drogi Miguela-Izaaka i Izabel-Luny krzyżują się w Mieście Luster… o którym opowiada Andresillo.

Powieść Elif Şafak Lustra miasta stanowi fragmentaryczną i nielineraną, a paradoksalnie całościową opowieść o losach rodziny w XVII wieku. Znaczącą rolę odgrywa w tamtych czasach działalność Świętej Inkwizycji. W powieści połączone zostają fragmenty obrazów mistycyzmu chrześcijaństwa, judaizmu i islamu, które pełnią rolę fragmentów rozbitego lustra w których bohaterowie przeglądają się, szukając rozwiązania tajemnicy i zagadki stanowiącej o ich losach.
„Przybyłem do Miasta Luster, gdyż jestem częścią opowieści, którą spisano jeszcze przede mną. Znalazłem się w Mieście Luster, by dowiedzieć się, kim jestem”.

Nie wolno (…) dotykać postaci widzianych w lustrze. Jeśli jakieś dłonie wyciągnęły się ku nim, ledwie dotknęły tajemnicy lustra, zaraz przypominano im, gdzie ich miejsce, i musiały się cofnąć. Pozostawał tylko przyprawiający o dreszcz dźwięk paznokci zgrzytających po twardej powierzchni.
Lustra jednakże były głuche.


(…)

Sułtanka Kösem nie odezwała się więcej, wskazała im jedynie gestem, ze mogą odejść. Gdy wyszły, zostawiając ją samą, zamknęła oczy. Z nerwowym uśmiechem wsłuchała się w rozdzierające skargi płynące z tabakierki, w odgłosy pijatyk dochodzące z wiadomych domów, w stukot kroków żarłocznych korników nadchodzących, by pożreć tron, w śpiew dudka zanoszącego Balkis, królowej Saby, wieści od Salomona, w szepty pałacowych intryg, w charkoty dobywające się z szyj duszonych sznurem, w modlitwy recytowane przy marmurowych sarkofagach, w sekrety szeptane drzewom wotywnym, w lamenty wciąż rozbrzmiewające po klęskach i katastrofach, w gniewne nawoływania buntowników i brzęk tłuczonych luster. Mimo zaawansowanego wieku słuch wciąż miała doskonały.

Elif Şafak Lustra miasta

Z wody różanej i pestek granatu

sobota, 19 lutego 2011

Według opinii publicznej, jako pisarka, musi nieustannie zmierzać się z obrazem porównań swoich powieści do dzieł Orhana Pamuka – tureckiego laureata Nagrody Nobla z 2006 roku. To może stanowić zarówno wielką przeszkodę dla literackiej kreatywności i poczucie zaszufladkowania oraz nałożenia swego rodzaju schematyczności na odbiór oraz interpretacje własnych dzieł przez czytelników, ale także może stać się impulsem do przełamania potencjalnych ram oraz wyzwolenia się spod wpływu. Może to także przybrać formę błogosławieństwa literackiej Gwiazdy i łaski przebywania w kręgu jej światła. Jednakże w przypadku Elif Şafak wszystkie te porównania i przedstawiane przymiotniki nie mają większego zastosowania i większej wartości. Zbyt wiele różni tych dwoje tureckich pisarzy, a porównania i podobieństwa w ich twórczości, stanowią jedynie pierwszą warstwę odczytu treści, które każde z nich własnym językiem przedstawia, formując różne opowieści ze wspólnego kręgu kulturowego.

Elif Şafak ukończyła m.in. gender studies na Bliskowschodnim Uniwersytecie Technicznym w Ankarze, gdzie następnie uzyskała stopień doktora. W swoich powieściach bardzo często nawiązuje do różnic kulturowych pomiędzy Wschodem a Zachodem, budując klimat niezwykle barwnych i wyrazistych postaci poruszających się w kręgu mistycyzmu sufickiego. Kręgi, w których wzajemna relacja "człowiek i jego świat materialny" stoi w opozycji do "człowiek i jego świat pozamaterialny", stanowią jeden z trzech części warkocza z którego spleciony jest świat opowieści Elif Şafak. Ta część ma najbardziej tajemnicze znaczenie, a jednocześnie pozostaje w najgłębszym stopniu zaangażowana w argumentacje działań bohaterów powieści. Pozostałe dwie części – kulturowa i relacyjna – na przemian stanowią wzajemne siły przyciągania, których intensywność wydaje się nie mieć granic, przy jednoczesnych barierach wynikających z naturalnych różnic kręgów zainteresowań. Połączenie tych trzech, buduje obrazy gubiące w swej intensywności melancholię, a zyskujące wyjątkowy wydźwięk realizmu magicznego wyłaniającego się z powieści.

Nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazały się do tej pory trzy powieści Elif Şafak. W roku 2009 – Pchli pałac, w roku 2010 – bestsellerowy Bękart ze Stambułu i w tym roku Lustra miasta.


Powiadają, że stworzenia boskie były
niegdyś liczne jak zboże, a nadmierne
gadulstwo uchodziło za grzech…

Wstęp do baśni tureckiej…
…i do ormiańskiej


Nie będziesz przeklinał niczego, co spada z nieba. Nawet deszczu.
Choćby żabami prało, nawet przy najgorszym oberwaniu chmury albo lodowatym śniegu z deszczem, nie wolno miotać obelg przeciwko niczemu, co zsyłają niebiosa.
Wszyscy to wiedza. Nawet Zeliha.
Lecz gdy w ten pierwszy lipcowy piątek szła chodnikiem wzdłuż rzędu aut tkwiących w beznadziejnym korku, kiedy pędziła (już i tak spóźniona) na umówioną wizytę, klęła jak szewc, sycząc przez zęby, przeklinała spękane płyty chodnikowe, swoje wysokie obcasy, idącego za nią krok w krok mężczyznę i wszystkich kierowców, którzy nerwowo naciskali klaksony, chociaż każdy mieszkaniec miasta przecież wie, że hałas wcale nie pomaga rozładować korków, przeklinała niegdysiejszych Osmanów za to, że podbili Konstantynopol, a potem uparcie trwali przy tym głupim pomyśle, no i przeklinała deszcz, tak… ten cholerny letni deszcz.
Bo w tym mieście deszcz to istna męka. Gdzie indziej na świecie ulewy są zapewne dla prawie wszystkich i prawie wszystkiego miłą niespodzianką: sprzyjają uprawom, faunie i florze, a także kochankom, których porywy doprawiają kroplą romantyzmu. Ale nie w Stambule.


Elif Şafak Bękart ze Stambułu

"42 Listy Miłosne"

niedziela, 13 lutego 2011

Ze wstępu –
Czwartego maja 2000 roku byłam jedną z milionów osób, które otworzyły e-mail z tematem „Kocham Cię” zawierający załącznik „List miłosny dla Ciebie”. Wprowadzony do sieci przez filipińskiego hakera wirus w postaci listu miłosnego „Love Bug” najpierw pojawił się w Hongkongu, a potem szybko rozprzestrzenił się na Europę, następnie na Stany Zjednoczone, infekując serwery; usuwanie skutków kosztowało firmy szacunkowo miliard dolarów.
W Wielkiej Brytanii dosięgnął zarówno Izbę Gmin, jak i Izbę Lordów, doprowadzając do wyłączenia poczty elektronicznej na kilka godzin. „Wiadomość zauważono przed lunchem. Ktoś przesyłał wyrazy miłości, a tego rodzaju wiadomości wielu z nas nie spodziewa się tutaj” – stwierdził zastępca woźnego Izby Gmin w tym czasie. Nasuwa się pytanie: jacy ludzie spodziewaliby się dostać taką wiadomość?

(…)
Chociaż został złapany, filipiński haker nie był bałwanem. Zaobserwował naszą zbiorową tęsknotę za wyrażeniem czegoś tak eterycznego, ze nie zawsze jest to możliwe, i ze zdolnością przewidywania zwabił nas do siebie z fałszywą obietnicą słów. Słowa bowiem czynią możliwym wszystko. Poprzez słowa nawet nasze najbardziej żarliwe pragnienia mogą zostać spełnione.
W ciągu ostatniego roku Joshua Knelman i ja poprosiliśmy niektórych z naszych najbardziej cenionych pisarzy, by wykorzystali swoje umiejętności do napisania listu miłosnego. Chodziło nam o wskrzeszenie tego zanikającego zwyczaju i przypomnienie, jak uwodzicielskie są słowa. Wytyczne były umyślnie proste. Każdy tekst musiał być zaadresowany do kogoś (albo czegoś) i charakteryzować się podwyższonym poziomem uczuć. Rezultatem jest rodzaj montażu – obraz tego jak wygląda miłość w dwudziestym pierwszym wieku; kolaż metod i nastrojów.
Nie znajdziesz tutaj nadmiernej uczuciowości, chociaż na pewno nie zachęcaliśmy do tego. Jest sporo humoru, niemała dawka sarkazmu i ogromny żal. Nie byliśmy zbytnio zaskoczeni stopniem mroku w niektórych z tych listów, ale nieco zdziwiło nas to, jak wiele przedstawia miłość jako uczucie, które rozwija się poprzez nieobecność, odrzucenie albo śmierć. Kilka z nich nie obejmuje nawet drugiej osoby; część przybiera formę przeprosin.
Łączy je to, że wszystkie są utworami literackimi, chociaż niektóre być może zostały zainspirowane przez rzeczywiste wydarzenia. Każdy jest jedyny w swoim rodzaju, co dowodzi nie tylko niewiarygodnej twórczej różnorodności naszych czołowych pisarzy, ale także zawiłego wyrafinowania miłości, i każdy – jak przypuszczam – zdoła Cię wzruszyć.

Rosalind Porter, kwiecień 2007


Fragmenty listów:

Margaret ATWOOD

Zwykle można mnie dostrzec w barze Mercurio, placówce, którą wybrałam w hołdzie dla mego patrona wśród bogów, Merkurego, inaczej Hermesa. Jest on władcą komunikacji i uroku
(…). Moim drugim patronem jest Afrodyta, bogini Miiiłości. To może być kłopotliwe, jako ze oni dwoje nie żyją ze sobą za dobrze. Dla Hermesa tarzanie się w sianie jest tylko tarzaniem się w sianie, po którym rusza w drogę, nie roniąc żadnych łez. Jeśli będzie musiał udać sprytnie zatracenie się w miłości, uda, ale tylko tym to będzie – sprytnym udawaniem. Opis jest dla niego celem samym w sobie: nie bez powodu nazywany jest Tańczącym Królem Przymiotnika.
Afrodyta natomiast jest purystką. Dla niej miłość jest poważna do znudzenia. W razie potrzeby popchnie swoich wielbicieli aż do stosu pogrzebowego.


Juli ZEH

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Mogliśmy być szczęśliwi, gdybyśmy tylko się spotkali. Dzień, w którym się nie spotkaliśmy, był piękny. Ulewny deszcz w czasie, kiedy tylko ten deszcz trzymał razem niebo i ziemię. Schroniłeś się w kawiarni, ja też usiadłam przy oknie w cieple. Był to sezon grogu i piernika imbirowego. Bawiliśmy się w poznawanie naszych przyszłych losów poprzez lanie roztopionego wosku świecy do wody. Przyszłość składała się z płaskich czerwonych kropelek pływających na powierzchni szklanki wody mineralnej. Kobieta przecięła tę salę małymi krokami, trzymając pełną filiżankę obiema rękami. To było piękne.


Jeanette WINTERSON

10) Targ rybny. Rialto. Noc
Dwaj chłopcy uderzają w bębny rekami, które poruszają się tak szybko, że się rozmazują. Mężczyzna siedzący przy stoliku sprzedaje bilety na koncert dziś wieczorem. Mafioso rozmawia przez komórkę: płaszcz z wielbłądziej wełny, zwykłe dżinsy od Armaniego, buty od Berluttiego, okulary przeciwsłoneczne. Taksówka wodna wypływa z cichym warkotem silnika, nie wiadomo skąd, i go zabiera.
Obracasz się z powrotem ku mnie, z uśmiechem. Lubię to zdjęcie.

Księga Deliverance Dane

sobota, 12 lutego 2011

1692 rok – Deliverance Dane zostaje oskarżona o praktykowanie czarów i prześladowanie za pomocą uroków młodych dziewcząt, w słynnym procesie czarownic w Salem. Deliverance jest niewinna prześladowań, a zarzuty to jedynie głupota i urojenia młodych kobiet. Jeśli zaś chodzi o praktykowania magii, to Deliverance Dane jest czarodziejką. Córka kobiety – Mercy – wraz z umiejętnościami matki dziedziczy wyjątkową księgę pełną magicznych przepisów i zaklęć, mających nie tylko pomagać ludziom, ale także chronić ich przed złem.
Księga przechodzi z pokolenia na pokolenie, z rąk matki do rąk córki, aż w pewnym momencie swoich dziejów zostaje sprzedana...
Jednakże umiejętności czarodziejki, zaczynają upominać się o swoje dziedzictwo.

1991 rok – Connie Goodwin jest doktorantką Uniwersytetu Harvarda, która przyjeżdża do opuszczonego i ukrytego w tajemniczym ogrodzie domu zmarłej babci, aby przygotować go do jesiennej sprzedaży. Mające swoje miejsce dziwne zdarzenia, toczące się wokół Connie i jej pracy doktorskiej, zdają się łączyć z jej życiem osobistym i historią rodzinną. Bardzo ważną staje się potrzeba odnalezienia zaginionej księgi, i to nie tylko ze względu na źródło pierwotne jakie ona stanowi dla przełomu w badaniach naukowych Connie, ale przede wszystkim ze względu na zdrowie i życie ukochanego Sama, konserwatora dzieł sztuki poznanego w trakcie poszukiwań.

A wszystko zaczyna się od starej Biblii i znalezionego w niej klucza z przypiętą karteczką…

Debiutancka powieść Katherine Howe Zaginiona księga z Salem przywodzi na myśl tajemniczy, czarodziejski ogród w którym piękno zostało ukryte pod uschniętymi kępami trawy i zwalonymi, spróchniałymi drzewami. Jej czarujący oniryzm jest jak prerafaelickie arabeski Williama Morrisa. Zachwycający, tajemniczy i pełen obrazów iluminujących ciepłymi barwami.

Autorka jest doktorantką zajmującą się historią Ameryki i Nowej Anglii na Uniwersytecie Bostońskim, gdzie prowadzi seminaria na temat magii i czarów w dawnych wiekach. Jest potomkinią Elisabeth Howe i Elisabeth Proctor – kobiet z Salem oskarżonych o czary.

Connie wyrzuciła więc swoje pełne imię z pamięci, jak co roku wyrzuca pantofle, z których wyrosła. Zapomniała je tak doszczętnie, ze teraz odkryła je ponownie, a w dodatku uświadomiła sobie, że ma ono również samodzielne znaczenie. Constance. Stałość. Stateczność. Akt niewzruszonego trwania. Stan istnienia lub kondycja warte, by do nich dążyć. Jak Grace, łaska. Jak Deliverance, zbawienie.
– O, mój Boże – szepnęła, szeroko otwierając oczy. Nagle zyskała absolutną pewność. Oczywiście. I jeszcze Sophia, według Liz greckie słowo oznaczające mądrość. Mercy, miłosierdzie. Prudence, rozwaga. Patience, cierpliwość. I powściągliwość, Temperance, której łagodna twarz z połowy dziewiętnastego wieku spoglądała z portretu w jadalni babci. Te imiona to milczące ogniwo łączące łańcuch kobiet znany Connie z obecnego życia z łańcuchem tych, które tropiła w przeszłości. Ich nazwiska zmieniały się wraz z małżeństwami i upływem czasu, ale imiona niewzruszenie wyznaczały genealogię.


Katherine Howe Zaginiona księga z Salem

Połówka jabłka, paradoks kłamcy i matematyka

poniedziałek, 7 lutego 2011

8 czerwca 1954 roku, Wilmslow. W Hollymeade Leonard Corell znajduje ciało leżącego na łóżku mężczyzny. Na nocnym stoliku dostrzega nadgryzioną połówkę jabłka. W pokoju unosi się zapach gorzkich migdałów. Śledztwo w sprawie śmierci przybiera nieoczekiwany i zagadkowy tok. Dowody w sprawie charakteryzują zupełnie odmienny stan rzeczy, niż podany do publicznej wiadomości przez prokuratora. Kim naprawdę był mężczyzna zamieszkujący w Wilmslow? Czym się zajmował i dlaczego Ministerstwo Spraw Zagranicznych jest zainteresowane osobą zmarłego matematyka?
Leonard Corell pomimo zamknięcia sprawy, podejmuje prywatne śledztwo. To, czego się dowie o Alanie Turingu i jego pracy, wpłynie na całe jego życie i zupełnie zmieni sposób jego dotychczasowego myślenia.

Leonard Corell jest młodym śledczym, który podąża za prawdą, o której odkrycie upomina się sumienie. Oscar Farley jest historykiem literatury, który dzięki swoim poglądom i wykształceniu pozostaje wierny nie tylko swojemu sumieniu, ale też pozostaje strażnikiem prawdy. Dzieli ich wiele – łączy jeszcze więcej. Razem stanowią powieściowy obraz, ukazujący mechanizmy myślenia uwięzione w stereotypach. Mechanizmy, które ulegają rozproszeniu i rozbiciu przy zetknięciu z cząsteczkami prawdy dostrzeganej przez nich; odciskają piętno stanowiące centralne miejsce osobowości obydwu mężczyzn. O ile Oscar Farley posiada ugruntowaną osobowość, o tyle Leonard Corell doświadcza dopiero zmian, jakie niesie ze sobą prowadzone śledztwo.

Powieść jest osnuta wokół dramatu osoby wybitnego matematyka i kryptologa, jednego z pionierów informatyki – Alana Turinga – w związku z wydarzeniami mającymi miejsce dwa lata przed jego śmiercią. Po przyznaniu się do swojej homoseksualnej orientacji, Alan Turing został oskarżony o obrazę moralności, a po skazującym wyroku sądu poddany terapii hormonalnej (którą wybrał zamiast osadzenia w więzieniu). Matematyk przez rok czasu przyjmował żeński hormon – estrogen.
We wrześniu 2009 roku, premier Wielkiej Brytanii – Gordon Brown – oficjalnie przeprosił Alana Turinga w imieniu rządu brytyjskiego, za straszne oraz całkowicie niesprawiedliwe traktowanie.

To dzięki pracy Alana Turinga poczyniono znaczny postęp w złamaniu kodu Enigmy. Był twórcą bomby kryptologicznej zwanej bombą Turinga, autorem rozprawy O liczbach obliczalnych, dzięki której stał się jednym z najwybitniejszych matematyków świata mając zaledwie 26 lat. Po wojnie zajmował się definiowaniem sztucznej inteligencji.

Książka Davida Lagercrantza Grzech pierworodny w Wilmslow została opublikowana w roku 2009, jako dziewiąta powieść pisarza i została uznana za najważniejszą w jego dotychczasowym dorobku literackim.

Nazajutrz też padało. Adlington Road nadchodził młody policjant śledczy Leonard Corell. Na wysokości Brown’s Lane zdjął filcowy kapelusz, mimo deszczu było mu gorąco, i pomyślał o swoim łóżku: nie o nędznym posłaniu w mieszkaniu, tylko tym czekającym u ciotki w Knutsford. Głowa opadła mu w stronę ramienia, jakby zasypiał.
Nie lubił swojej pracy. Nie zadowalała go pensja, nie znosił patroli, papierkowej roboty, przeklętego Wilmslow, gdzie się nigdy nic nie działo.
(…) Był wtorek, 8 czerwca 1954 roku, a on wypatrywał tabliczek z nazwami domów.
Gdy dostrzegł tę z napisem Hollymeade, skręcił w lewo i wpadł na wielką wierzbę przypominającą starą miotłę. Choć nie musiał, zatrzymał się, by zasznurować buty. Przez podwórze biegła dróżka z ceglanych płyt, a w połowie drogi znienacka się urywała. Zadał sobie pytanie: Co się właściwie wydarzyło? Ale oczywiście wiedział, że cokolwiek to było, nie miało z ceglaną ścieżką nic wspólnego.


David Lagercrantz Grzech pierworodny w Wilmslow

Nieśmiertelna Mademoiselle

sobota, 5 lutego 2011

Któż z nas nie zna najsłynniejszego zapachu świata; zapachu róży i jaśminu zamkniętego w prostym i eleganckim, szklanym flakonie? Mowa tu oczywiście o powstałym w roku 1921 zapachu Chanel No.5. Od początku swojego istnienia, Dom Mody Chanel wskazywał drogę w trendach dobrego stylu i ubioru kobiet całego świata. Dla wielu z nich stał się wyznacznikiem kobiecości, wyrażonym w sposobie ubierania się oraz w doborze dodatków i – oczywiście – perfum. Od roku 1983 domem mody zarządza jeden z najbardziej wpływowych projektantów świata – Karl Lagerfeld. Ale wszystko zaczęło się wcześniej, znacznie wcześniej, bo w 19 sierpnia 1883 roku, kiedy to na świat przyszła Gabrielle Bonheur Chanel, zwana Coco.

Książka hiszpańskiej dziennikarki i prawniczki Cristiny Sánchez-Andrade – Coco – jest oszczędnym, a jednocześnie wyrazistym i obrazowym studium psychologicznym kobiety, która przekuła swój zamysł piękna w nieśmiertelną wizję wolności i elegancji stroju i stylu. W powieści główną rolę odgrywa Coco jako kobieta charyzmatyczna, genialna, o niezwykle silnym i trudnym charakterze, kobieta wśród tłumu ludzi – ale samotna i nierozumiana. Nie jest to obraz wielkiej, odnoszącej sukcesy projektantki mody, nie znajdziemy w nim zamysłu towarzyszącego powstawaniu strojów czy perfum Chanel, ale portret kobiety, której całym życiem była praca połączona z nieustającym pragnieniem doświadczania i kreowania doskonałego piękna. Samotność kobiety, która nienawidziła wolnego czasu, stała się pryzmatem dla eleganckich, prostych i kobiecych projektów, przez które przenika doświadczenie trudnego dzieciństwa i wymuszonej przezeń skromności, niejednokrotnie skrywanej pod płaszczykiem impulsywności i śmiałych wyzwań oraz wyjątkowych oczekiwań względem innych ludzi.
Jest to portret surowy – ale o doskonałym materiale – nieśmiertelnej Mademoiselle. Portret kobiety – tytana pracy i geniusza wizjonerstwa.

O modzie:
„Teraz jedynym dylematem projektantów wydaje się długość sukienki. Haute couture skończyła się z chwilą, gdy zabrali się do niej mężczyźni, którzy nie lubią kobiet”.

O krytykach:
„Najpierw powinni pójść do szkoły krawieckiej i nauczyć się podstaw kroju”.

O Pierze Cardinie:
„Naprawdę bardzo sympatyczny chłopak, mówię serio, tyle ze najprawdopodobniej zarżnie modę do reszty”.


O Pacu Rabbane (…):
„Widzę go raczej w przemyśle metalurgicznym”.


O Cristobalu Balenciadze:
„On jeden do czegoś się nadaje”.

O wolnym czasie:
„Nienawidzę go, tak samo jak domków na wsi i jeziorek z łabędziami srającymi do wody”.

O samotności:
„Czasem mam ochotę zadzwonić po policję tylko po to, żeby ktoś dotrzymał mi towarzystwa”.

O życiu:
„Bieg na tysiąc metrów do grobu”.

O śmierci:
„Nie boję się śmierci, boję się być nikim”.

„Mademoiselle – powiedziała szefowa słynnego magazynu – w pani wieku to chyba niezdrowo, jeszcze nam tu pani umrze na tej podłodze”. Coco, spoglądając na nią sponad przyciemnionych szkieł i ssąc skaleczony szpilką palec, odparła: „Niech pani posłucha, ja w ogóle nie zamierzam umierać, ale jeśli umrę, to cóż, po prostu umrę”.


Cristina Sánchez-Andrade Coco