Trzydzieści pięć błysków, albo inne „Baloniki”

sobota, 11 lutego 2012

W wierszu wszystko jest zamknięte i doskonałe jak w absolucie. Bo taka jest natura poezji. Jakkolwiek stawia pytania i próbuje na nie udzielać odpowiedzi, robi to z koronkową precyzją białej nici. W tym przypadku opowieść zaczyna się od świętego Pawła z Tarsu, Apostoła, który prawdopodobnie wiosną 55 roku, w Efezie, napisał Pierwszy List skierowany do mieszkańców Koryntu. 13 Rozdział tegoż Listu, to jedne z najpiękniejszych słów, jakie kiedykolwiek zostały wypowiedziane opisując naturę miłości.

Tomik poezji Gadu gadu, otwiera Hymn o poetkach. Wiersz opisuje naturę poetki, a dokładniej poetek, kobiet, których treścią staje się widzenie i wyrażanie świata, posługując się starożytnym językiem poezji. Językiem, który ulegał wielokrotnym przemianom na przestrzeni wieków, ale który zawsze pozostawał wierny tym jedynym w swoim rodzaju układom słów, które mieściły w sobie tysiące i miliony dialogów, setki zagadnień. Które potrafiły udźwignąć ciężar rzeczywistości, teorię bytu i zamknąć je w jednym, małym ziarnku piasku, zrodzonym czasem nawet z jednego tylko słowa.

Jak wygląda współczesna poetka? Czy wygląda tak, jak została przedstawiona przez Annę Dwojnych? Czy jest taka, jak w wierszu? Na kolejnych stronach spotykamy Jezusa i Piotra, niewymienionego z imienia, ale wyraźnie obecnego papieża Polaka, Edgara Allana Poe, Safonę, a także Sylwię Plath. Tomik rozpoczyna się przywołaniem Nowego Testamentu, a kończy wspomnieniem Starego. Wiersze Anny Dwojnych, są spojrzeniem na otaczającą rzeczywistość oczyma poetki – socjolożki. Ale też są palimpsestami, które przy zrzuceniu z siebie pierwszej warstwy tekstu, odsłaniają wnętrza, w których pojawiające się pytania należą do metafizyki, do gruntu zainteresowań strukturą rzeczywistości. Indywidualne (Związek z K. a chaos deterministyczny), a czasami nawet intymne (*** ostatnio bawię się) podchodzenie do świata i widzenie siebie w opozycji do przeżytych wydarzeń, w kategorii uwrażliwienia na odbierane bodźce, stawiają młodą poetkę w szeregu ze wspomnianą autorką doskonałego Kolosa i Ariela. Dodatkowo, dzięki socjologicznemu podejściu, wiersze z Gadu gadu są zwierciadłem współczesnego świata i lustrem współczesnej poetki. Ocalają poezję przed sekularyzacją, a ich lodowatość pobudza do życia to piękno, które jakże często jest zamknięte w cierpieniu i bólu.

Heathcliff,

czemu dziś tak cicho

nienawidzisz

chodź pójdziemy na wzgórza

znów będzie tak zimno i spokojnie

doskonale aż do bólu

tylko wtedy kwitną

wrzosy

To wiersz Moi kochankowie mieszkają na Woronicza a ja chcę dożyć spokojnej starości.

Gadu gadu o ironicznym tytule – bo to jest zupełnie tak, jakby ktoś w bukiecie z różowych stokrotek ukrył trzy białe orchidee – jest pełen wyrazistych spojrzeń i krótkich westchnień. Prostota utworów, jest ich elegancją. Ten tomik poetycki jest debiutem. Jest to też poprzeczka wysoko postawiona dla jego autorki. Utwory w nim zawarte nie męczą, posiadają pozorną lekkość ciężkich zagadnień, a zmysł obserwacyjny i język poetycki, pozwalają autorce rzeczywistość „przeliczać na wiersze”. Przedstawiają portret współczesnej młodej damy, która nie dosyć, że świetnie opanowała starożytny język poezji, to jeszcze „czyta Doktora Żywago i nosi perły” – więc robi rzeczy, które w jej wieku uchodzą za dawno zapomniane.

"Jakby się głośno myślało"

niedziela, 5 lutego 2012

Poezja powinna być czytana tak, jakby się głośno myślało. To dobra i cenna rada poetki –Wisławy Szymborskiej. I właśnie Jej poezję tak powinno się czytać. Jakby czytało się życie, które właśnie trwa, które mija, teraz jest takie, a po chwili staje się inne. Wiersze często są fotografiami perfekcyjnej pamięci, która przetworzyła widziany obraz na własny użytek, tak, jak malarz miesza farby, aby powstała właściwa barwa nieba i chmur. Od tego zależy nie tyle powodzenie obrazu, ile właściwe upamiętnienie świata. Właściwe, więc takie, w którym wszystko jest na odpowiednim miejscu. Prawdziwy dom poety, kryje się za uśmiechem na twarzy, za rozmowami, za monologiem przyrody i rzeczywistości – często niesprzyjającej. I za brakiem wiedzy. Bo cóż innego jest wierszem, jeśli nie pytanie i próba odpowiedzi na to pytanie? Uzyskaniem pewnego nurtującego zagadnienia, w którym umysł gubi się i próbuje znaleźć punkt odniesienia, albo odkryć zupełny jego brak. „Nie wiem” nie oznacza koniec, lecz początek pracy i wysiłek stawiany poezji. To przyznanie się do poszukiwań, które się jeszcze nie zakończyły; jest to też próba zamknięcia niepoznanego dotąd, w posłusznych słowach i w porządku myśli. Poeta to metafizyczny naukowiec, którego dogmaty zmuszają do myślenia. W których staje się jasne, że zwyczajność jest tym, co zadziwia. Co jest niezwykłe i – jak to możliwe? – dotychczas w jakiś dziwny sposób niezauważone.

Wisława Szymborska

Pochwała snów

We śnie

maluję jak Vermeer van Delft.


Rozmawiam biegle po grecku

i nie tylko z żywymi.


Prowadzę samochód,

który jest mi posłuszny.


Jestem zdolna,

piszę wielkie poematy.


Słyszę głosy

nie gorzej niż poważni święci.


Bylibyście zdumieni

świetnością mojej gry na fortepianie.


Fruwam, jak się powinno,

czyli sama z siebie.


Spadając z dachu

umiem spaść miękko w zielone.


Nie jest mi trudno

oddychać pod wodą.


Nie narzekam:

udało mi się odkryć Atlantydę.


Cieszy mnie, że przed śmiercią

zawsze potrafię się zbudzić.


Natychmiast po wybuchu wojny

odwracam się na lepszy bok.


Jestem, ale nie muszę

być dzieckiem epoki.


Kilka lat temu

widziałam dwa słońca.


A przedwczoraj pingwina.

Najzupełniej wyraźnie.

(Wiersz z tomu Wszelki wypadek, 1972. Obraz – Mleczarka Jana Vermeera, 1658-1661)

Odeszła poetka…

sobota, 4 lutego 2012


Z odchodzeniem jest pewien kłopot. Nigdy nie wiadomo do końca, czy zostać, czy już odejść. Co lepszego ma dla nas do zaoferowania życie, kiedy postanowimy zostać kilka dni dłużej – powiedzmy – w Zakopanem, czy nad morzem, a może powinniśmy już wracać, tam, skąd przyszliśmy? Odchodzenie też przeważnie jest trudne, bo jest romansem smutku z radością. Smutek prawie zawsze chodzi ubrany w ciemny, gruby płaszcz, z kapeluszem na głowie – z racji wieku – a radość, zawsze gorąca, szczera i hojnie obdarzająca uśmiechami, szczupłą dłonią strąca ciemny kapelusz z głowy smutku. Taki kwitnący romans nie może się udać, a jednak wbrew pozorom – ma się doskonale w obliczu ironii świata.

Odeszła poetka. I cóż z tym zrobić? Ze smutkiem, po Jej śmierci i radością, że była i pisała. Ten naturalny stan rzeczy, nie był jej obcy. Trwanie i przemijanie, zmiany. Było, minęło. Było, więc minęło – napisała w wierszu Metafizyka.

Teraz albo nigdy wiatr porusza chmurą,

bo wiatr to właśnie to, co tam nie wieje.

I wkracza żuk na ścieżkę w ciemnym garniturze świadka

na okoliczność długiego na krótkie życie czekania.


A mnie tak się złożyło, ze jestem przy tobie.

I doprawdy nie widzę w tym nic

zwyczajnego.

Jest to fragment wiersza *** Nicość przenicowała się także i dla mnie z tomu Wszelki wypadek z 1972 roku.

I jeszcze jeden wiersz. Z uśmiechem na twarzy wspominam, jak powiedziała, że w filmach Woody’ego Allena, bohaterowie jeszcze czytają książki…

Nieczytanie

Do dzieła Prousta

nie dodają w księgarni pilota,

nie można się przełączyć

na mecz piłki nożnej

albo na kwiz, gdzie do wygrania volvo.


Żyjemy dłużej,

ale mniej dokładnie

i krótszymi zdaniami.


Podróżujemy szybciej, częściej, dalej,

choć zamiast wspomnień przywozimy slajdy.

Tu ja z jakimś facetem.

Tam chyba mój eks.

Tu wszyscy na golasa,

więc gdzieś pewnie na plaży.


Siedem tomów – litości.

Nie dałoby się tego streścić, skrócić,

albo najlepiej pokazać w obrazkach.

Szedł kiedyś serial pt. Lalka,

ale bratowa mówi, że kogoś innego na P.


Zresztą, nawiasem mówiąc, kto to taki.

Podobno pisał w łóżku całymi latami.

Kartka za kartką,

z ograniczoną prędkością.

A my na piątym biegu

i – odpukać – zdrowi.

(Tutaj, Kraków 2009)